Zemsta na sportowo: Czemu Turcy kochają Anglików
.
Pisałem już o utarczkach między reprezentacjami i konfliktach klubu z jego kibicami. Teraz kolej na zemstę fanów jednej z drużyn, na swych znienawidzonych przeciwnikach. Oto usiana zabitymi i rannymi historia walk chuliganów siejących postrach jak Europa długa i szeroka - angielskich i tureckich.
Kibice z tych dwóch krajów cieszą się najgorszą opinią na świecie. Od zawsze więc wystarczyło, że znajdowali się od siebie w odległości strzału z bazooki, by ulica zamieniła się w piekło, a walkę na przyśpiewki zastąpiono konfrontacją z użyciem pięści, sztachet i noży. Choćby w 1993 przed rozgrywanym w Istambule spotkaniem Ligi Mistrzów między Galatasaray a Manchesterem United, podobno bez uzasadnienia, aresztowano 200 angielskich fanów, a wielu innym nie pozwolono wejść na stadion. Ci, którzy się tam dostali zostali zaatakowani przez miejscowych. Oberwało się także graczom - ucierpieli między innymi Bryan Robson i Eric Cantona.
Sytuacja ze złej zamieniła się w tragiczną, po tym co zdarzyło się siedem lat później, także w stolicy Turcji. Tym razem Galata mierzyła się z Leeds United w półfinale Pucharu UEFA. W nocy przed meczem doszło do zamieszek wywołanych przez Anglików, którzy obrażali tureckich fanów. Ci nie dali się dwa razy prosić i zaatakowali synów Albionu. W wyniku starć wiele osób odniosło rany, jednak co najważniejsze, dwóch brytyjskich fanów zginęło od ciosów nożem. To jeszcze bardziej zaogniło już i tak nieciekawą sytuację. Mimo tragedii mecz odbył się. Następstwem tych wydarzeń było nietypowe przymierze - wszystkie angielskie ekipy zjednoczyły się, aby pomścić zabitych. Oficjalnie fanklub Leeds poinformował, że nikt nie będzie szukał vendetty. Fakty były jednak nieco inne, a okazja do ich weryfikacji nadarzyła się już miesiąc później.
Po zwycięstwie w ''Piekle'', czyli na swym Ali Sami Yen i wyjazdowym remisie, Galatasaray awansowało bowiem do rozgrywanego w Kopenhadze finału Pucharu UEFA. Tam czekał na nich kolejny angielski klub - Arsenal. Aby zapobiec powtórce z Istambułu, do zabezpieczenia porządku zaangażowano 20 procent duńskiej policji. Jednak liczba ta okazała się niewystarczająca, a jej działania zbyt mało stanowcze. Wprawdzie początkowo nie dochodziło do poważniejszych incydentów, a atmosferę można było nawet nazwać przyjazną. Z upływem czasu i wpływem alkoholu w kibicowskie trzewia, sytuacja diametralnie się odmieniła. Poprzedzający mecz wieczór stał bowiem pod znakiem walk między tureckimi i angielskimi chuliganami, a sceny jakie rozgrywały się na zwykle spokojnych ulicach Kopenhagi, mogły spokojnie posłużyć za konkurencyjną ilustrację dla tego. Było około dwudziestu rannych, w tym niektórzy od ciosów nożem, tym razem obyło się jednak bez ofiar śmiertelnych. Aresztowano ponad sześćdziesięciu uczestników zamieszek.
Żeby było ciekawiej wszystko to działo się niespełna miesiąc przed rozgrywanym na belgijskich i holenderskich boiskach EURO 2000. Udział w nim brały zarówno Anglia, jak i Turcja, wszyscy obawiali się więc kolejnego rozdziału walk między kibicami. Nie mylili się, gdyż do incydentów doszło. Turcy w dodatku zdobyli muzułmańskiego sojusznika - mieszkającą w Belgii mniejszość marokańską. Obyło się jednak bez większych incydentów i mimo wciąż napiętej atmosfery, brukselskie ulice nie zamieniły się w migawki ze Srebrenicy. Nie znaczy to, że chuligani zostali w domu, by z butelką piwa w ręce oglądać mecze w telewizji. Do zamieszek doszło choćby przed spotkaniem Turcji ze Szwecją, tym razem jednak w głównych rolach wystąpili kibole tureccy oraz potomkowie wikingów.
Kibiców znad Bosforu z ich angielskimi kolegami po fachu los złączył znów w 2003. Tym razem obie reprezentacje trafiły do jednej grupy w eliminacjach do Euro 2004. Problemy zaczęły się w marcu, gdy Wyspiarze pojechali na mecz z Liechtensteinem. Po drodze zatrzymali się w Zurychu, gdzie wywołali zamieszki, atakując tamtejszą mniejszość turecką, śpiewając antytureckie piosenki i wybijając szyby w kebabowniach. Turcy nie pozostali dłużni i po raz kolejny sięgnęli po noże. Niektórzy poszli dalej i postanowili wypróbować na Anglikach swe umiejętności strzeleckie. W wyniku starć pięciu przyjezdnych odniosło ciężkie rany - trzech postrzałowe, dwóch zaś kłute. Po opuszczeniu Szwajcarii chuligani przenieśli się do stolicy Liechtensteinu - Vaduz, gdzie odbywał się mecz. Także i tam starli się z mniejszością turecką.
Miało to miejsce zaledwie trzy dni przed spotkaniem Anglii i Turcji. Areną meczu był Sunderland. Możliwych konfrontacji było kilka: Turcy-Anglicy, Turcy-Kurdowie i Anglicy między sobą. Prawidłowe okazały się odpowiedzi nr 1 i 3. Najpierw miejscowi chuligani zaatakowali autobusy, wiozące kibiców przyjezdnych i starali się do nich wtargnąć. Następnie rzucili się na policjantów starających się przeszkodzić im w realizacji tego szczwanego planu. Tuż przed spotkaniem doszło więc do epickiej bitwy między siłami porządkowymi a angielskimi chuliganami. W trakcie wygranego przez gospodarzy 2:0 spotkania, kibice po obu golach, wtargnęli na boisko. Także to, co działo się poza stadionem oraz po meczu trudno nazwać piknikiem. Z braku Turków angielscy chuligani postanowili sami sobie zapewnić rozrywkę. W zabawie udział wzięli między innymi fani Sunderlandu, Newcastle, Leeds i Middlesbrough. Łącznie aresztowano około stu osób biorących udział w walkach.
Jak na razie była to ostatnia duża konfrontacja, nad którą unosił się duch zabitych w Istambule kibiców Leeds. Obawiam się jednak, że kiedy następnym razem fani z Turcji i Anglii stanął naprzeciwko siebie, znów przyjdzie nam oglądać dantejskie sceny i słuchać w mediach o tym, jacy kibice piłkarscy są źli (chociaż ci faktycznie są). 21 grudnia odbędzie się losowanie par 1/8 Ligi Mistrzów, a że szanse, na to że Fenerbahce trafi na któryś z czterech angielskich klubów (Manchester United, Arsenal, Chelsea lub Liverpool) nie są wcale takie małe, znów będzie można przytoczyć tytuł tego utworu.
bazyl




























Dodaj swój komentarz: