Pewnie już wszyscy wiecie, że jednym z najsłynniejszych kibiców na pekińskich obiektach jest prezydent USA. George W. Bush moim zdaniem nie pojechał do Chin, by obserwować jak Michael Phelps sięga po osiem złotych krążków ani by zobaczyć amerykańskich koszykarzy udowadniających, że znaczenia słowa ''drużyna'' nie zapominają równo z końcem sezonu NBA. Busha według mnie do Pekinu ściągnęło to, co łączy go z Miszeffskym - jaranie się siatkarkami plażowymi. Oglądając zdjęcia George'a W. spotykającego się z dziewczynami biorącymi udział w olimpijskim turnieju, można odnieść wrażenie, że obaj piaskowy sport lubią za to samo. Zresztą popatrzcie sami.

Widać prezydent Stanów to też człowiek (chociaż mniej rozgarnięty i z dostępem do arsenału nuklearnego). Tym razem jednak jego podejścia trudno nie podzielać.
bazyl


























