Jak się okazuje Igrzyska Olimpijskie to krew, pot, łzy i.. no powiedzmy, że nie tylko krew, pot i łzy. MKOl wraz z organizacją UNAIDS dostarczył do wioski olimpijskiej 100 000 prezerwatyw. Ta liczba oparta została na wnioskach wyciągniętych z igrzysk w Sydney, gdzie przywiezione w pierwszym rzucie dla sportowców 50 000 tysięcy kondomów rozeszło się raz dwa i trzeba było ich ratować 20-tysięczną drugą partią.
Policzmy. W Pekinie znajduje się dziesięć tysięcy olimpijczyków, co daje pięć tysięcy par. Biorąc pod uwagę, że igrzyska plus parę dni w gratisach trwają 20 dób, statystyczny olimpijczyk powinien uprawiać statystyczny seks ze statystyczną olimpijką raz dziennie. Jeśli zaś wliczymy w to, że statystyczny olimpijczyk lub olimpijka może też uprawiać statystyczny seks ze statystycznym działaczem/działaczką, dziennikarzem/dziennikarką (nam się nigdy nie zdarza, znaczy z olimpijkami, a nie w ogóle) lub tubylcem/tubylką, liczba statystycznych stosunków wzrasta do dwóch dziennie. A dodając do tego fakt, że to wszystko tylko statystyka, zastanawiam się, czy liczba zbliżeń jest wprost czy odwrotnie proporcjonalna do liczby zbliżeń się do medalu olimpijskiego. Bo nie wiem, czy żałować Michaela Phelpsa czy mu szaleńczo zazdrościć.
PS 1: Z drugiej strony jakoś chciałbym, żeby to łóżkowe wycieńczenie, a nie brak umiejętności i woli walki był przyczyną porażek naszych sportowców. Podniosłoby to moje morale.
PS 2: Jeśli ktoś faktycznie zużywa te 100 000 prezerwatyw, to gdzie są zdjęcia i czemu PoBandzie ich nie ma???


























