Z cyklu Kobiety, Knajpy i Kokaina: Shawn Kemp
Pisałem już o planach powrotu na parkiety dawnego króla dunków NBA, Shawna Kempa. Jako, że cykl ten ma w swojej nazwie i kobiety, i knajpy, i kokainę, The Reign Man ma wszelkie predyspozycje, by być jego kolejnym bohaterem. Żadnego z tych elementów bowiem w jego życiu nie brakowało.
W 1969 roku ludzkość wysłała w przestrzeń kosmiczną Sojuza 5, Marinera 6, Venerę 5 i 6, Apollo 9 i 10, a załogi Apollo 11 i 12 przespacerowały się po Księżycu. Do dziś nie wiadomo, która z tych misji zakończyła się przytaszczeniem na Ziemię rosłego, świetnie zbierającego Murzyna. Ważne jednak, że 26 listopada podrzucono go pod drzwi domostwa państwa Kempów w Elkhart w Indianie, a oni wychowali młodego, dobrze zapowiadającego się mutanta jak swoje dziecko. Już od małego rzeczonego mutanta interesowała tylko koszykówka. Jedyne co wyniósł Shawn w ogólniaku, to grę jego drużyny na wyższy poziom i już wtedy mówiło się o Kempie jako jednym z czterech, pięciu najlepszych młodych koszykarzy w narodzie. Co zatem dziwne, to fakt, że na koledżowych parkietach nie zagrał ani minuty. Za zastawienie w lombardzie kety swojego kolegi wyleciał z drużyny Uniwersytetu Kentucky, jeszcze zanim zdążył w niej wystąpić. W połowie sezonu przeniósł się więc do Trinity Valley Community College w Teksasie, gdzie jednak okazało się, że jest już za późno, by zgłosić go do jakichkolwiek rozgrywek. Niecierpliwy Kemp machnął zatem na uniwersytecką koszykówkę swoją rozrośniętą dłonią i sam zgłosił się do draftu do NBA edycja Anno Domini 1989.
To, że ten młodzian NCAA widział tylko w telewizji, nie przeszkodziło Seattle Supersonics wziąć go z numerem 17 i stosem zielonych, już na niego czekającym. Pierwszego sezonu w lidze Kemp nie miał może i olśniewającego, ale kolejne siedem lat to już regularnie 16-20 punktów na mecz i do tego 10-11 zbiórek. Całkowicie dominował na tablicach, a jego słynne, agresywne wsady uznawane były, obok uroku George`a Clooneya i rozgrzanej lufy czołgu M1 Abrams, za jedną z trzech najniebezpieczniejszych rzeczy na świecie. W 1994 wraz z Dream Teamem II Shawn zdobył w Kanadzie złoty medal mistrzostw świata, w 1996 poprowadził Supersonicsów do finałów NBA, gdzie stawiali dzielny opór chicagowskim Bykom, ale polegli ostatecznie 2-4.
I w tym momencie zaczyna się dramat w jednym akcie. Występują: Shawn Kemp, jego kontrakt, kierownictwo drużyny z Seattle i Jim McIlvane (2,3 punktu i 2,9 zbiórki na mecz w barwach Washington Bullets).
Shawn Kemp: Zarabiam za mało! Muszę zarabiać więcej! W końcu jestem jednym z najlepszych power forwardów ligi!
Kierownictwo Supersonics: Nie.
Shawn Kemp: Ale to absurdalne, mój długoletni kontrakt podpisywany był w czasach, kiedy zarobki w NBA były, w porównaniu do dzisiejszych standardów, idiotycznie niskie.
Kontrakt Shawna Kempa (z pewnym smutkiem): To prawda.
Shawn Kemp: Więc muszę mieć więcej!
Kierownictwo Supersonics: Nie.
Jim McIlvane (wciąż 2,3 punktu i 2,9 zbiórki na mecz w poprzednim sezonie w barwach Washington Bullets): Hej, a mi dają ponad 33 miliony za siedem lat.
Kierownictwo Supersonics: O, cześć Jim.
Sonics, narzekający na swoją grę podkoszową ściągnęli za niebotyczne (jak na jego umiejętności) pieniądze McIlvane`a i stracili przy tym obrażonego Kempa, który odszedł do Cleveland. W Ohio sfrustrowany power forward zaczął pokazywać światu swoje mroczne i bardziej tłuste oblicze. Objawił się ludzkości jako ktoś zupełnie inny. W sensie grubszy. Ważący grubo (rozumiecie? Grubo...) ponad 130 kilogramów zawodnik nie latał już nad koszami, ale do najbliższego McDonaldsa. Do tego okazało się, że jego rozpasanie nie jest jednowymiarowe. Dziennikarze ''Sports Illustrated'' robiący materiał o nieślubnych dzieciach sportowców, doszukali mu się siódemki rozrzuconych po kraju potomków spłodzonych z sześcioma różnymi kobietami. Chuć koszykarza stała się przedmiotem rozmaitych żartów ze strony mediów, do dziś furorę robią koszulki takie jak ta. Jakby tego było mało, w ciągu ostatniej dekady Shawn się wcale nie opanował, a liczba jego dzieciaków z nieprawego łoża uległa jeszcze podwojeniu. Podobno za 200 lat nie ma szans, żeby prezydentem Stanów Zjednoczonych został ktoś bez domieszki kempowej krwi. Jak wiadomo, potomstwo to same kłopoty, więc nie ma co się dziwić koszykarzowi, że w tym czasie bardziej niż gra zaczęły go pociągać rozmaite, nazwijmy to... ''środki odstresowujące''. I tak jak Michaela interesowało wyciąganie jęzora, Tima Duncana rzucanie o tablicę a Sama Cassella nieświadome robienie głupich min, tak Shawna Kempa bardziej niż granie zaczęło interesować grzanie kokainy i obalanie kolejnych flaszek. Co ciekawe, mimo ciągłej fazy, jego wyniki w Cleveland ciągle były niezłe i oscylowały średnio w okolicach 19 punktów i 9 zbiórek na mecz. Wóda i prochy musiały jednak w końcu zrobić swoje. I zrobiły.
Po trzech latach spędzonych w Ohio Kemp przeniósł się do Portland, gdzie jednak udowodnił, że koszykarskie życie kończy się po trzydziestce, a używki mają na to duży wpływ. Tak jak pod wpływem Shawn raczył się pojawiać na niektórych spotkaniach, za co z reguły otrzymywał kary pieniężne, kilka razy zawieszano go też na parę spotkań. W czasie swojego pierwszego roku w Oregonie, Kemp na pytanie, co się robi po sezonie zasadniczym, występując w niezłej drużynie, mógł swobodnie odpowiedzieć ''idzie się na narkotykowo-alkoholowy odwyk'' zamiast ''gra w play offs''. Z powodu odwyku nie dograł nawet do końca sezonu zasadniczego. Trzeba jednak przyznać, że otoczenia inspirującego do trzeźwości nie miał. Do tego dużo gorzej niż na imprezowych parkietach szło mu na tych koszykarskich. Po dwóch słabych latach w Trailblazers (tylko 6 punktów na mecz) przeniósł się jeszcze do Orlando Magic, ale, czego można się było zresztą spodziewać, ligi już nie podbił. Kiedy po roku na Florydzie zakończył karierę i wydawało się, że już o nim nie usłyszymy, w 2005 roku dał się jeszcze aresztować z kokainą, 60 gramami marihuany i pistoletem półautomatycznym, a rok później znowu wpadł z trawą. Od tego czasu podobno znacznie mu się w głowie odmieniło i Kemp przysięga, że z nielegalnymi używkami już mu w ogóle nie po drodze. Zaczął też podobno ciężko trenować i, jak twierdzą co niektórzy, udało mu się nawet wrócić do formy. Jak już Wam donosiłem, jego gra we Włoszech miała być potwierdzeniem koszykarskiego zmartwychwstania Reign Mana. Mam jednak nadzieję, że mimo iż ta opcja nie wypaliła, Shawn objawi nam się jeszcze na parkiecie, rozwalając kosze, jak za starych dobrych lat. Bo to, choć sporo pił, dobry chłopak był.
Komentarze:
-
20.10.08, 18:38
TscheslaffTo zabawne, że dla niektórych obręcz jest po prostu za nisko.
-
21.04.10, 08:56
yfxIDFGPfqowHHRNvnJr vhdjyjsawzif, [url=http://zleeilnjqgfx.com/]zleeilnjqgfx[/url], [link=http://cxgsjpviakov.com/]cxgsjpviakov[/link], kojgmcwissof.com/
-
25.11.10, 14:23
gyhilkfpychLSaX cdhvrooquiqr, [url=http://alzqsrsgdips.com/]alzqsrsgdips[/url], [link=http://ndtafsynrcol.com/]ndtafsynrcol[/link], ouprftlthffc.com/


























Dodaj swój komentarz: