Zemsta na sportowo: Krach finansowy zawsze smaczny i zdrowy, czyli przeznaczenie pomściło Sonics
GETTY IMAGES/Doug Pensinger
Właśnie ruszył nowy sezon NBA, więc dzisiejszy odcinek cyklu wypada poświęcić kwestii związanej z ligą ludzi zawyżających światową średnią wzrostu, wagi i zarobków. Po raz pierwszy od 1967 w walce o mistrzowskie pierścienie udziału nie bierze ekipa ze Seattle. Supersonics zniknęli bowiem z miasta boeinga efektownie niczym grunge. Przeniesiony do Oklahoma City i przemianowany na Thunder zespół nie żyje jednak tylko w pamięci niedobitków we flanelowych koszulach, ale tysiącach kibiców ze stanu Waszyngton modlących się, by autorzy relokacji gremialnie łamali nogi albo chociaż ktoś porysował im limuzyny. Możliwe, że ktoś ich wysłuchuje, bo Thunder od początku prześladuje pech, a jeden z ojców przeprowadzki dzięki kryzysowi finansowemu pozbył się prawie dwóch miliardów dolarów.
Migracje drużyn to zjawisko w sportowej przyrodzie dość powszechne. Na przykład tacy Clippers do 1984 grali w San Diego, a jeszcze wcześnie w Buffalo, gdzie nazywali się Braves (1970-78). Także wiele innych zespołów musiało pokonać tysiące kilometrów nim osiedlili się tam, gdzie grają dziś. Rzadko jednak przejście dokonywało się bezproblemowo i ku powszechnemu zadowoleniu. Chyba tylko w przypadku Grizzlies Memphis się cieszyło, że dostali ekipę NBA, a w Vancouver odetchnięto, że mali Kanadyjczycy przestaną zadawać kłopotliwe pytania (''Tato, gdzie ten pan ma łyżwy?''). Z Supersonics tak łatwo nie było. W 2006 właściciele klubu pod przewodnictwem Howarda Schultza starali się pozyskać od władz stanu Waszyngton fundusze na rozbudowę hali Key Arena - najmniejszej w NBA. Wysiłki spełzły na niczym i drużynę za 350 milionów dolarów sprzedano Professional Basketball LLC - grupie biznesmenów z Oklahomy pod wodzą Claytona Bennetta. Faceta, którego pomysły przeciętnemu fanowi ze Seattle miały spędzać sen z powiek skuteczniej niż świadomość, że może być synem Shawna Kempa.
Szybki konkurs: co robisz, gdy kupisz zespół, którego poprzednim właścicielom właśnie odmówiono pieniędzy na rozbudowę hali:
b) podglądasz cheerleaderki,
c) dalej walcem jeździsz,
d) prosisz władze o pieniądze na nową halę.
Po tym jak odrzucono żądanie rozwiązania umowy o wynajem hali, do ofensywy przeszły władze Seattle, które pozwały nowych właścicieli, dążąc do pozostawienia drużyny w mieście co najmniej do 2010. Z kolei Bennett oświadczył, że przeniesie ją jak tylko upora się z problemem Key Arena i nie interesują go żadne oferty odkupienia Sonics (czytaj: ''Nie sprzedam drużyny ludziom chcącym zostawić ją w Seattle''). Oświadczenie o przenosinach miało miejsce tuż po początku sezonu. Pojawiły się więc głosy, że właścicielom chodzi o odsunięcie fanów od zespołu, co ułatwiłoby uzyskanie zgody władz NBA na relokację. Zresztą liga od początku sprawiała wrażenie jakby nikomu nie zależało na pozostawieniu ekipy z 40-letnią tradycją. Ostatecznie na trzydziestu właścicieli drużyn NBA tylko dwóch głosowało przeciw przenosinom. Byli to Mark Cuban z Dallas Mavericks i posiadający Portland Trail Blazers współzałożyciel Microsoftu Paul Allen. Co ciekawe wcześniej ekipie z Seattle pomóc próbowała inna szycha z firmy codziennie przeklinanej przez miliony osób - Microsoftu. Jej obecny prezes, Steve Ballmer obiecał, że skołuje połowę z 300 milinów potrzebnych na renowację Key Arena, ale jego propozycji nie przyjęto.
W końcu nadszedł 2 lipca 2008 - dzień, dzięki któremu saga o tym jak to Seattle do Oklahomy przenosili pojawia się w tym cyklu. Wtedy bowiem podpisano ugodę między miastem a nowymi właścicielami. Ci drudzy zgodzili się zapłacić miastu 45 milionów dolarów i dodatkowo 30, jeśli Seattle rozbuduje halę lub postawi nową, a do 2013 w mieście nie powstanie nowy koszykarski zespół. Zrzekli się też praw do barw i nazwy Supersonics. Po podpisaniu ugody Bennett tryumfalnie ogłosił: ''Zrobiliśmy to. Oklahoma City będzie miało swoją drużynę NBA w przyszłym sezonie''. Było więc pozamiatane. Ostatniej próby zostawienia drużyny w Seattle podjął jej były właściciel - Howard Schultz, który poszedł do sądu, gdy wyszło na jaw, że Professional Basketball raczej planowali zdobycie władzy nad galaktyką niż pozostawienie drużyny na miejscu. Od kwietnia walczył między innymi o uznanie złej woli nabywców. Do ulubionej zabawy Amerykanów, czyli gry w ''a teraz Cię pozwę'' włączyło się też miasto Oklahoma, grożące procesem, jeśli przeprowadzka zostanie zablokowana. Po stronie nowych właścicieli stanęły też władze NBA i pod koniec sierpnia 2008 Schultz wycofał oskarżenie, gdyż jak twierdził nie widział szans na wygranie sprawy. Przeprosił też wszystkich fanów za sprzedanie Sonics.
Ci ostatni zaś mogli chodzić załamani i czuć się jak dzieciaki, którym właśnie ktoś zakosił ulubioną kolejkę, zabrał wszystkie cukierki i do tego spalił skrzętnie ukrywane świerszczyki. Ich głos słyszano między innymi, gdy całe Stany zastanawiały się, jaką nazwę otrzyma zespół z Oklahomy. Ze strony Seattle dobiegały takie propozycje jak: Oklahoma City Liars (Kłamcy), Oklahoma City Stealers (Złodzieje) lub Oklahoma City Thieves (też złodzieje, ale bez niepotrzebnych skojarzeń z futbolistami Pittsburgh Steelers). Gremialnie zaś cieszono się, gdy zespołowi z Oklahomy coś nie wychodziło. A koszykarscy bogowie najwyraźniej pochodzą ze Seattle, bo nie wychodziło sporo. Kolejno w debilny sposób wyciekły nazwa (Thunder), logo i stroje. Podejrzewam też, że wznosili ciekawe modlitwy. Po zamienieniu ''sąsiada'' na ''Bennetta, McClendon i spółkę'', a ''Polaków'' na ''Kibiców ze Seattle'', mogły one brzmieć tak:
I znów okazało się, że chyba ktoś ich słucha. Tym razem trafiło na Aubrey'a McClendona. Facet, który twierdził, że nikt zostawiać drużyny w Seattle nie miał zamiaru i według wielu był głównym mózgiem operacji KSiSdO (Kupujemy Supersonics i Spadamy do Oklahomy) wziął ogromne pożyczki, za które kupił akcje swej firmy - Chesapeake Energy. Liczył na spore zyski i szczególnie szczęśliwy musiał być 2 lipca, wtedy bowiem podpisano ugodę i przeprowadzka drużyny została przesądzona, a jego akcje osiągnęły rekordową cenę, były warte 2,27 miliarda dolarów. McClendon pławił się w swoim bogactwie, gdy tymczasem borem lasem przyszedł Grzegorz Lato kryzys finansowy i banki zaczęły martwić się o zwrot pożyczonej kasy. Zastosowano więc coś, co nazywa się margin call. Cokolwiek by to nie było (speców od giełdy zapraszam do komentowania) miliarder został zmuszony zlikwidować swą najbardziej stratną inwestycję. W dodatku wszystkie akcje własnej firmy sprzedać musiał w październiku, gdy ich wartość w porównaniu z latem spadła o blisko 80 proc. Dzięki temu ulubieniec Seattle i okolic za swoje udziały dostał 408 milionów dolarów. Innymi słowy stracił 1.86 miliarda dolarów. Powtarzam: MILIARD OSIEMSET SZEŚĆDZIESIĄT MILIONÓW DOLARÓW. Według wielu speców od giełdy to, że faceta o takiej pozycji zmuszono do sprzedania akcji jest najdziwniejszą rzeczą jaką widzieli na Wall Street. Fani ze Seattle nie mają zaś wątpliwości, że chciwego biznesmena pokarało przeznaczenie.
Strata przez McClendona kasy, za którą mógłby sobie kupić Ponaddźwiękowców ponad pięć razy i problemy, z jakimi od początku istnienia borykają się Oklahoma City Thunder (nie dość że wybrali fatalną nazwę, paskudne logo i tragiczne stroje, to jeszcze nie umieli utrzymać ich w tajemnicy) pozwalają przypuszczać, że może faktycznie kibice śp. Ponaddźwiękowców mają potężnego sprzymierzeńca, który za nich mści się za kradzież drużyny ze Seattle. Na miejscu Davida Sterna i ludzi z Professional Basketball LLC miałbym się na baczności. Przynajmniej do czasu gdy nie zacznie grać ulubiona drużyna PoBandzie - Seattle Mist. Biegające po Key Arena laski w bieliźnie z pewnością osłodzą fanom z ojczyzny grunge'u brak Soniksów. Do tego czasu jednak na ludzi odpowiedzialnych za przeniesienie zespołu może czekać wiele niespodzianek pokroju benzyny kończącej się w najgorszym momencie, telefonów dzwoniących akurat gdy są w łazience, wpadających z niezapowiedzianą wizytą teściowych i spadających z trzeciego piętra fortepianów. W tarcze z ich wizerunkami wbije się zaś jeszcze wiele strzałek. No i nikt nie powiedział, że dziewczyny z Mist powstrzymają przed działaniem przeznaczenie, karmę czy też co innego przycięło McClendona na prawie 2 miliardy dolarów i skłoniło Thunder do wybrania najgorszego logo od czasu California Golden Seals.
bazyl
PS Przypominam, że prawa do nazwy i barw wciąż są w Seattle. Możliwe więc, że Seattle Supersonics na koszykarską mapę świata jeszcze się wrócą.
Komentarze:
-
03.11.08, 16:33
kaszalot1.86 miliarda dolarów. Powtarzam: MILIARD OSIEMDZIESIĄT SZEŚĆ MILIONÓW DOLARÓW. Ale żartujesz? Prawda? Ja wiem, to całe picie i laski, ale jakby ci dawali ta kasę to byś chyba zauważył ze cię rolują? Prawda?
-
04.11.08, 09:00
TEST IQInteresuje Cię, jak wysokie masz IQ? Zmierz swoje IQ w wysokojakościowym teście. Rozpocznij Test IQ >> www.iqtest24.pl
-
04.11.08, 11:01
rybieudkaPrawa do nazwy i barw owszem, pozostały w Seattle, ale już np. historia organizacji, zdobyty w 1979 tytuł itp. niekoniecznie. Pierwotna wersja była taka, ze przejmuje to Thunder, obecna jest taka, ze w razie "powrotu" sonics historia będzie "współużytkowana" przez obie organizacje... cokolwiek by to miało znaczyć. aha! www.cursethethunder.com/ :)
-
05.11.08, 00:47
sunnysideDo autora - na przyszłość radzę trochę pogrzebać w necie zanim poda się nieprawdziwe informacje. Ewentualnie podszlifować angielski. Drużyna z Pittsburgha to Steelers a nie Stealers. Nazwa pochodzi od stali, której Pittsburgh (i okolice) był kiedyś jednym z największych producentów w US
-
09.07.10, 13:14
kBpiMxaVwfAVRYlKQ rveokqlmegjs, [url=http://ncojaaqckfzh.com/]ncojaaqckfzh[/url], [link=http://uxolnwjrxvhq.com/]uxolnwjrxvhq[/link], djfuoxmepchm.com/


























Dodaj swój komentarz: